Długosz Jan

Żołnierz Września 1939 r.

Wspomnienia.

 

Długosz Jan WP (18)

Jan Długosz 1915 – 2008.
Lata służby i kampanii wojennej w 1939 r.

W kwietniu 1938 roku zostałem powołany do służby wojskowej w Batalionie Szkolnym Lotnictwa w miejscowości Świecie nad Wisłą. W latach poprzednich stawałem przed komisją poborową, ale ze względu na małą masę ciała odraczano mój pobór. W Świeciu odbyłem szkolenie na pomocnika mechanika samolotowego. Koszary w Świeciu mieściły się w dawnych budynkach marynarki wojennej. Tam były składowane samoloty po kraksach, które były wykorzystywane do szkolenia mechaników samolotowych. Po ukończeniu kursu pomocnika mechanika samolotowego przydzielono mnie do jednostki lotniczej w Dęblinie. W jednostce tej na lotnisku stacjonowało 185 samolotów szkoleniowych, różnych modeli. Po trzech miesiącach pobytu w Dęblinie przeniesiono mnie do jednostki na lotnisku Radom-Sadków, Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa.

Beseliak AlfonsPpłk pilot Alfons Beseliak

Dowódcą Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa był ppłk pilot Alfons Beseliak, który jak wszyscy w jednostce mówili że po wypadku samolotowym miał wstawione metalowe żebra. Do wybuchu wojny byłem jego mechanikiem. Stało się to w okolicznościach gdzie podczas odprawy mechaników zapytał kto chciałby zostać jego osobistym mechanikiem, wszyscy się bali, ja wystąpiłem i zostałem zaakceptowany. Miałem dobrze bo latał mniej niż inni, więc roboty było mniej i w stosunku do mnie był bardzo życzliwy.

PSW-16 w locieSamolot szkolny PWS-16.

W czasie służby wykonywałem obsługi techniczne samolotów wielu typów m.in. PWS-16, PWS-26, RWD-8, Bartel BM-4, odbywałem loty techniczne i skoki spadochronowe za które nam płacono, kwotę wpłacano na książeczkę oszczędnościową. Jeden lot odbyłem nielegalnie w bagażniku samolotu na urlop do Krakowa na lotnisko Rakowice.

Sadków X - Jan DługoszX- Jan Długosz, Radom-Sadków 1939 r.

Następnie w 1939 roku ze Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa zostałem delegowany na kurs mechanika samolotowego do Szkoły Podoficerów Lotnictwa w Krośnie. Ze względu na mobilizację odwołano mnie z kursu przed jego ukończeniem 27 sierpnia1939 roku na lotnisko Radom-Sadków.

PSW-16 na lotnisku Sadków 1939Lotnisko Radom-Sadków, samoloty PWS-16.

1 września 1939r. lotnisko nasze zostało ostrzelane i zbombardowane przez lotnictwo niemieckie. Podczas gimnastyki porannej zobaczyliśmy alarmowe działania załogi obrony przeciwlotniczej lotniska wyposażonej w erkaemy i działka przeciwlotnicze. Bomby wielkich szkód nie wyrządziły ponieważ nie trafiły w hangary. Po tym bombardowaniu jednostka otrzymała rozkaz dowództwa ewakuacji 12 samolotów PWS-26 do Kielc, gdzie 2 września stacjonowaliśmy przy dworze wzdłuż alei kasztanowej. Po ostrzelaniu naszych samolotów przez lotnictwo niemieckie 3 września otrzymaliśmy rozkaz powrotu na lotnisko Radom – Sadków. Podczas tych przelotów w każdym samolocie przebywał jeden pilot i jeden mechanik.

PWS-26Samolot szkolny PWS-26

4 września zaczęliśmy się ewakuować transportem samochodowym na wschód przez most w Puławach. Samoloty pozostały na lotnisku w Radomiu, piloci odlatywali na wybrane lotniska polowe. Nam w ewakuacji towarzyszył jeden samolot RWD-8 utrzymując łączność na całej trasie. Paliwo do samolotu transportowaliśmy na samochodach, tankowanie odbywało się na postojach. W trakcie ewakuacji wycofano sześć samochodów po rozładowaniu z zapasów kwatermistrzowskich (mundury, buty, koszule, prześcieradła). Zapasy zostały zakopane w ziemi. Samochody oddelegowano do obrony Warszawy. Podczas odwrotu w kierunku Rumunii spaliśmy w stodołach i szopach. Spaliśmy w dzień, a przemieszczaliśmy się pod osłoną nocy. Na trasie w jednej miejscowości zostaliśmy zbombardowani i ostrzelani. Zniszczony został dyliżans pocztowy wraz z ładunkiem bilonu 5 i 10 zł. Wojsko i cywilni uchodźcy zbierali pieniądze do plecaków a z czasem się ich pozbywali ze względu na bezużyteczność i ciężar. Wycofując się w kierunku granicy rumuńskiej przejechaliśmy przez miejscowości Podhajce, Monasterzyska. Gdy dotarliśmy do miasteczka Tłumacz, sierżant oznajmił nam że za 2 godziny będziemy w Rumunii. Nie upłynęło wiele czasu i zostaliśmy zaatakowani przez 4 radzieckie czołgi. Dowództwo objął oficer i powiedział że kto na naszej ziemi to wróg i podejmujemy walkę. Doszło do walki w czasie której wyeliminowaliśmy 2 czołgi, paląc i zabijając ich załogi. Walka trwała około 2 godziny, zostaliśmy otoczeni przez przeważające wojska radzieckie wspomagane sporą ilość czołgów, około 40 maszyn, musieliśmy się poddać. Rozbrojono nas, broń kazali ułożyć na drodze i niszczyli ją jeżdżąc po niej czołgami. Broń krótką kazali nam załadować na samochód. Ładując tą broń schowałem do kieszeni mały pistolet. Długo się nim nie nacieszyłem bo przepędzono nas do miasta Podhajce, gdzie była cerkiew ogrodzona żelaznym płotem, tam wszystkich poddano rewizji. Wiedząc co się dzieje pistolet zakopałem w kretowinie. Po rewizji ustawiono nas w kolumnę po 4 w rzędzie i drogą maszerowaliśmy do miejscowości Buczacz gdzie był zorganizowany obóz przejściowy na terenie placu targowego. W okolicy stacji kolejowej w Buczaczu postanowiliśmy całą czwórką uciekać z kolumny, każdy w inną stronę. Koło drogi którą szła nasza kolumna znajdowała się studnia, więc pod pozorem nabrania wody zbliżyliśmy się do niej lecz okazało się że była zupełnie wyschnięta. Stwierdziłem że czas na ucieczkę i biegiem wraz z kolegami biegliśmy w dół ulicy. Zorientowaliśmy się konwojujący Rosjanin na koniu zaczyna się zbliżać, więc rozproszyliśmy się i schronienia szukaliśmy w domostwach. Widząc otwartą bramę wbiegłem na podwórze i zamknąłem bramę na kołek i schroniłem się w chlewie. Rosjanin otworzył bramę zeskoczył z konia i skierował się do domu. Ja w chlewie zdjąłem płaszcz przykryłem słomą i po drabinie wszedłem na strych, pomysł ten nie był za dobry bo nie mogłem podnieść dachówki. Zszedłem więc po drabinie do stajni i położyłem się do żłobu z którego krowa jadła mieszankę. Rosjanin po chwili wpadł do stajni i skierował się na strych, schodząc ze strychu kopnął beczkę mocno przeklinając. Po chwili słyszę jak odjeżdża. Czekam jakiś czas, wychodzę i udają się do domu, czuję zapach pieczonego chleba, otwieram szabaśnik szukam noża żeby odkroić jego część i w tym momencie wchodzi kobieta i mówi żeby nie zabierał chleba bo ma na utrzymaniu dzieci. Wyciąga z kredensu nocnik a w nim kwaśne mleko, zrezygnowałem z picia. Pytam ją skąd mówi tak dobrze po polsku, odpowiedziała że jest Polką i wyszła za mąż za Ukraińca. Powiedziała mi że nie dobrze by było gdyby jej mąż mnie spotkał. Wyszedłem z domu i za płotem zobaczyłem beczkę, poszedłem do beczki i ku mojemu zdziwieniu spotkałem kolegę z którym uciekaliśmy. Kolega mówi do mnie, gdzie masz płaszcz bez niego długo nie przeżyjesz. Wracam więc do stajni, obory, wyciągam spod siana i idziemy nie wiedząc dokąd. Spotykamy starszą kobietę, okazuje się że mówi po polsku, pytamy gdzie się możemy ukryć. Mówi nam że jest ze wsi Pilawa, która jest jedyną wsią polską w okolicy i jest tam też szkoła polska. Kobieta mówi że nazywa się Poręba, lecz prosi żebyśmy nie szli z nią tylko za nią, to ona nas poprowadzi. Mówiła że niedaleko wsi jest lotnisko Petlikowce Stare i oni z góry widzą co się na nim dzieje. Doszliśmy do lasu, za lasem była miejscowość Pilawa i dom Porębów. Gospodarz przyjął nas serdecznie, zapytał o formację w której służymy i powiedział że jeżeli chcemy tu być to musimy pozbyć się mundurów. Płaszcze schowaliśmy do kopy słomy. Gospodarz poprowadził nas do szkoły żeby nauczyciele doradzili jak nas zabezpieczyć w ubrania. W szkole była tylko kobieta żona nauczyciela, pytamy gdzie mąż, mówi że ukrywa się bo Ukraińcy napadają na Polaków. Pytamy czy ma jakieś ubrania męża, byśmy mogli się przebrać za cywilów. Musimy zrezygnować z wszelkiego ubrania wojskowego, bo nasze koszule kalesony też są opieczętowane numerem jednostki. Kobieta zwołała sąsiadów którzy mieli dużych i dorosłych chłopców. Chłopcy przyszli, zobaczyli nasze mundury lotnicze i tak dokonaliśmy wymiany. Nawet nieźle pasowały na nas te ubrania. Gospodarz Poręba powiedział że teraz możecie przebywać u niego. Była niedziela, kolejny dzień u gospodarza Poręby, poszliśmy paść krowy na pastwisko, na które zaprowadził nas gospodarz. Na pastwisku zbieraliśmy suche krowie łajna, paliliśmy nimi ognisko i piekliśmy ziemniaki. Nagle patrzymy a tu jadą na koniach w naszym kierunku dwie postacie, jak dojechali okazało się że jeden to ruski żołnierz oficer, drugi milicjant ubrany jak cywil z czerwoną opaską na rękawie. Zsiedli z koni i dokonują na nas rewizji. Żyd milicjant zabrał mi dowód osobisty, nóż, lusterko. Koledze podobnie. Zabrane rzeczy oddał żołnierzowi i popędzono na do gospodarza, tam żołnierz pilnował nas na podworcu a milicjant wszedł do domu, po chwili wyszedł trzymając w ręku moją książeczkę wojskową i inne dokumenty, które ukryłem za wysuwaną cegłą pieca chlebowego. Żołnierz widząc dokumenty uderza mnie bronią w szyję, bierze dokumenty i odjeżdża. Wiedząc w jakiej znaleźliśmy się sytuacji prosimy gospodarza Porębę o chleb na drogę. Gospodarz spełnił naszą prośbę lecz milicjant żyd wyrwał nam chleb, rzucił na ziemię, podeptał i skopał gospodarza a nas zakuł w kajdany i poprowadził do magistratu w Buczaczu. W magistracie zawołał woźnego, który otworzył garaż i tam nas wtrącono. W garażu było dużo ludzi, około 150 osób, noc spędziliśmy na stojąco. Rano drzwi otwarto i zaczęły się przesłuchania. Przesłuchanie prowadziła Rosjanka z medalami na piersi a obok niej siedział tłumacz. Pytała mnie czy mam dokumenty, a ja widzę że przed nią na biurku, sięgam ręką w kierunku dokumentów a ona uderza moją rękę. Spisali zeznania, utajniać nie było czego bo wszystko wiedzieli. Oddała mi dowód osobisty, resztę dokumentów zatrzymała. Podejrzewała że to nie są moje dokumenty i że jestem żołnierzem nadterminowym, ponieważ mój wiek nie pasował w stosunku do poboru. Odnośnie do dowodu osobistego to przed 1 września byłem na urlopie w domu i po powrocie do jednostki dowodu osobistego nie oddałem, tak że 1 września miałem i dowód i książeczkę wojskową. Po przesłuchaniu na podworcu przed sądem staliśmy do godz. 14 aż wszystkich przesłuchano. Potem pod eskortą zaprowadzili wszystkich do obozu na placu targowym w Buczaczu. W obozie ludzie szukali się i grupowali według miejsca zamieszkania wystawiając tabliczki z miejscowościami. Karmiono nas nędznie, raz na dobę 1 kromka chleba i woda, jeżeli uwięziony miał ją do czego nalać. Woda pochodziła z rzeki i była bardzo zamulona. Miejsca dosiedzenia było bardzo mało, a o spaniu trudno nawet mówić. Na szczęście deszcz nie padał cały wrzesień bo przebywało się pod gołym niebem. Noce były zimne i kto miał płaszcz wytrzymywał, inni chodzili lub biegali. W obozie było około 6000 ludzi, nie tylko samego wojska lecz wszelkiego rodzaju mundurowi i cywile. W naszej krakowskiej grupie było wielu strażaków z Krakowa. Obóz był prowizorycznie ogrodzony drutem kolczastym na palikach świerkowych, niezbyt wysokich. Ogrodzenie było podwójne a między nimi chodzili pilnujący żołnierze z bronią gotową do strzału. W kilku miejscach ustawione były erkaemy. Potrzeby fizjologiczne załatwiano przy ogrodzeniu pod drutami. W następnym dniu po moim przybyciu do obozu, w obozie pojawił się młody chłopak i w rozmowie opowiedział nam że pochodzi z tego miasta i pracował przy budowie kanalizacji na terenie tego placu targowego. Dowiedzieliśmy się że targowica ma 120 metrów szerokości na 150 m. długości i co 20 m. są studzienki ściekowe okratowane połączone kanałem, który ma 60 cm. średnicy i odprowadza ścieki do rzeki a przy wylocie nie ma krat. W dniu którym wsadzili go do obozu poszedł do miasta po chleb, złapali go i wzięli do budowy mostu a wieczorem przywieźli do obozu. W obozie panowała czerwonka, dziennie umierało około 20 osób. Codziennie podczas obchodu patrolu jeżeli jeniec się nie poruszał lub nie był w stanie wstać opuszczał obóz rzucony na samochód posypany wapnem i to był jego koniec. Ja też zapadłem na tą paskudną chorobę i będąc jeszcze w nie najgorszym stanie zapytałem lekarza, który reprezentował straż pożarną z Krakowa, co trzeba zrobić żeby przetrwać biegunkę czerwonki. Powiedział mi że trzeba dobrze popić alkoholu. Myślę sobie skąd zdobyć alkohol co i komu coś mogę sprzedać. Jedyną wartościową i pamiątkową rzeczą był zegarek, który dostałem w prezencie od mojego szwagra, a przeoczył żyd milicjant podczas rewizji. Zaczepiłem wartownika i zapytałem czy da jedną flaszkę wódki za zegarek, następnego dnia odpowiedział że jutro przyniesie. Przyniósł bimber dość mocny, częściowo wypiłem i trochę zdrowotnie się pozbierałem. Za dwa dni wartownik przyszedł z pretensjami że zegarek nie chodzi i brak mu pokrętła do nakręcania i chce zwrotu wódki. Pokazałem mu jak się nakręca, a nakręcało się przez balans zegarkiem, i następnego dnia powiedział że zegarek jest w porządku i nie chce już zwrotu wódki. Zacząłem myśleć o ucieczce. Przypomniałem sobie że w marynarce mam zaszyte piłeczki włosowe do cięcia metalu, które zaszyłem w jednostce jeszcze przed ewakuacją. Piłeczki włosowe w wojsku używaliśmy do wykonywania modeli samolotów z aluminiowych elementów, które później podczas powrotu do domu obdarowywaliśmy rodzinie. Taka była moda i czynność wojskowa w czasie wolnym od zajęć. W obozie wyprułem piłeczki, ramkę do piłki zrobiłem ze świerkowej gałązki związałem nicią, którą z igłą każdy żołnierz miał przy osobistym umundurowaniu w czapce, i tak wzięliśmy się do cięcia kraty w studzience. Dałem ciąć pierwszą piłką chłopakowi o którym wspominałem ale już po 10 minutach piłka pękła. Chociaż byłem w kiepskiej formie fizycznej przejąłem to cięcie, ponieważ zostało nam tylko 5 piłeczek a cięcia było dużo. Przeciąłem jeden pręt w ciągu jednego dnia a koledzy wszystko robili żeby maskować moją robotę. W piąty dzień nie miałem już siły, wypiłem bimber i zasnąłem. Przespałem tak dwa dni a po obudzeniu przeciąłem ostatni pręt. Wyłamanie krat i wejście do kanału zaplanowaliśmy nocą. Ustaliliśmy że do kanału wchodzę pierwszy. Gdy nastała noc wchodzę do studzienki nogami w dół ale przy tej średnicy kanału nie ma możliwości wykręcić się więc wyciągnęli mnie i wpuścili głową. Ręce i nogi po paru ruchach odmawiają posłuszeństwa. Kolega z Buczacza który czołgał się za mną mówi żebym podkurczył nogi to będzie mnie popychał i tak dotarliśmy do następnej studzienki gdzie on przepchnął się nade mną i on zaczął torować drogę. Za mną kolega z Radomia popychał mnie jak poprzednik. Przy tych zmianach około drugiej w nocy byłem w rzece jako czwarty, który opuścił kanał. Byłem tak wyczerpany że na czworakach dotarłem w pole ziemniaków, wykopałem dół rozrzucając ziemię po kartoflisku i przykryłem się badylami krzewu ziemniaków i tak przespałem do wieczora. Wieczorem usłyszałem gwizd kolegi, który mieszkał koło obozu, tak się umówiliśmy, od gwizdnąłem przyszedł do mnie i opowiedział co się działo w ciągu dnia. Powiedział mi że byli u niego w domu, oglądali dokumenty, miejsce zameldowania, opowiadał że uciekło ponad 20 ludzi. Przyniósł coś do jedzenia, ubrania i buty, powiedział że długo tu nie mogę być i żebym uciekał daleko od Buczacza. Szedłem nocą po polach ale byłem bardzo wyczerpany a to była ciężka droga, więc w dzień wyszedłem na drogę. Drogą niedługo szedłem nadjechał samochód, to był patrol, o nic nie pytali i nic nie mówili tylko wskazali ręką żebym wsiadał. Zawieźli mnie na stację kolejową w Buczaczu, tam stał pociąg krytych wagonów towarowych załadowany jeńcami z obozu na targowicy. Wyruszyliśmy dla mnie w nieznanym kierunku, pociąg jechał przez lasy, do parowozu ładowaliśmy drewno z lasu które było złożone w sągach, wodę braliśmy z rzeki płóciennymi workami. W obozie do którego nas dowieźli byłem 2 lub 3 dni. Były tam wieże wartownicze tzw. bocianówki, poganiano nas psami. Po obozie nie chodziłem, były tam baraki , był to duży obóz. Przesłuchiwano nas, oglądano ręce. Rosjanie mówili że to Kozielsk i dla nas brak już miejsca. W ostatni dzień pobytu wyprawiono nas przed bramę i tam z samochodu przekazano nam że jesteśmy wolni i dostaniemy bumażki. Po zwolnieniu z obozu wraz z kolegą przemieszczaliśmy się w kierunku Polski ale byliśmy bardzo ostrożni i nieufni pomimo że mieliśmy przepustki. Granicę polsko-rosyjską przechodziliśmy nielegalnie i o mały włos nie przypłaciliśmy tego życiem. Pociągami i samochodami z wojskiem sowieckim dojechałem do Gródka Jagiellońskiego. W mieście wyklejone afisze z obwieszczeniami nakazującymi obowiązek meldunku a brak tego meldunku powoduje aresztowanie. Pod biurem meldunkowym spotykam swojego brata Władysława, który dotarł tutaj uciekając przed Niemcami. Okazało się że pracuje u krawca i tam zamieszkuje, tam ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem mój rower który zostawiłem bratu do użytku w chwili pójścia do wojska. Wykąpałem się, przebrałem w zapasowe ubranie brata i postanowiliśmy że wracamy do Krakowa. Brat jechał na rowerze do Przemyśla, ja za nim na nogach po znakach, które zostawiał mi po drodze. Umówiliśmy się że spotkamy się w sądzie w Przemyślu. Władek czekając na mnie zajął miejsce w jednej z sal i tak spaliśmy na aktach sądowych. W dzień wybieraliśmy się za miasto w poszukiwaniu ziemniaków, ponieważ zdobyć chleb było bardzo trudno. Ponieważ obowiązywała godzina milicyjna a milicjantami byli polscy żydzi to oni dopuszczali swoich braci do stania w kolejkach już od godziny 4 rano, przez co chleba przy małych wojennych dostawach wystarczało tylko dla nich. Czekając na otwarcie granicy na moście nad Sanem nieufni obserwowaliśmy ruch na granicy, zapytany milicjant kiedy będą otwierać granicę odpowiedział że drukowane są przepustki i będą wydawane w ilości tylko dla 500 osób. Szczęśliwi otrzymaliśmy przepustki i postanowiliśmy nocować jak najbliżej przejścia na bocznym torze kolejowym w wagonie towarowym z podkładami i śrubami. Rano okazało się że przepustki są nieważne ponieważ wydrukowano ich o wiele więcej i na rynku sprzedawano je po 50 rubli. Dwa dni nie przepuszczali przez przejście na Sanie, dopiero zaczęli przepuszczać gdy wydrukowano nowe przepustki z nadrukiem sierpa i młota. Podczas przejścia na stronę okupowaną przez Niemców, Rosjanie odbierali rowery, harmonie, gitary i wszystko co ich interesowało i miało jakąś wartość. Postanowiliśmy sprzedać rower i za 120 rubli które otrzymaliśmy kupiliśmy indyka pieczonego i zdrowo podjedliśmy. Po przekroczeniu granicy skierowano nas do odwszalni a potem do pociągu. Zobaczyliśmy że okupanci polują na młodych mężczyzn a starych puszczają do domu. Ustaliliśmy że przed Krakowem wyskakujemy z pociągu i na nogach dojdziemy do domu. Nie udało nam się wyskoczyć z pociągu ponieważ zobaczyliśmy że pociąg jest pilnowany przez żołnierzy niemieckich, tak dojechaliśmy do Krakowa. Na postoju w Krakowie dzieliła nas tylko siatka od stojących dorożek, po oddaleniu się wartownika na drugi koniec pociągu brat Władysław przeskoczył przez siatkę, targając sobie spodnie, pobiegł w stronę tramwaju. Niemiec zauważył ucieczkę, oddał strzał w powietrze a ja mocno zaniepokojony patrzyłem co Niemiec zrobi. Po pewnym czasie powtórzyłem ten sam manewr co Władek, Niemiec tego nie zauważył, pobiegłem do Bramy Floriańskiej wsiedliśmy do tramwaju i pojechaliśmy do naszej siostry Toli na ulicę Sebastiana. Dużo było opowiadania, szwagier zabrał nas do pralni w piwnicy abyśmy mogli się umyć a tam pełna piwnica papierosów. Na drugi dzień wybrałem się do mojej narzeczonej Zosi, która mieszkała przy ul. Filipa a pracowała w piekarni przy ul. Długiej. Zosia nie mogła uwierzyć że udało mi się przetrwać tą tułaczkę.

 

ELES