Kontakt

Galeria

Medale Medale

Po broń do lasu tenczyńskiego.

Relacja uczestnika operacji

sierż. AK Władysław Bazarnik „ZOSIK”     Czatkowice Górne, 1966 rok

 

 

Po broń do lasu tenczyńskiego.

 

Srogo zmachani forsownym marszem w trudnym pagórkowatym leśnym terenie zalegliśmy wreszcie wśród wysokich sosen lasu tenczyńskiego, za maleńkim garbem terenu. Przed nami w odległości kilku kroków bielały wyraźnie w leśnym mroku dwa krzyżujące się w tym miejscu leśne dukty. Jeden z nich biegnący z kierunku ze wschodu na zachód oświetlał srebrzący się na wygwieżdżonym niebie księżyc.

W jego świetle żółcił się się wyraźnie piasek ujeżdżony kołami samochodów, tędy już od kilku tygodni zwoziły ze stacji kolejowej w Krzeszowicach, amunicję strzelecką, artyleryjską, bomby lotnicze, paliwo płynne, do kwartału lasu w którym Niemcy założyli przyfrontowe składy, którego naroże mieliśmy tuż przed sobą. Przybyliśmy tutaj z zamiarem uzupełnienia zapasu amunicji karabinowej i granatów ręcznych, których skrzynie jak doniósł wywiad zalegały wśród sosen.

Stanowiłem z ręcznym karabinem maszynowym osłonę drużyny „Jaźwieca” która teraz zaległa obok gotowa do skoku przez dukt w czerń lasu przed nami. „Jaźwiec” wysunięty w przód obserwował dukty na których można było się liczyć z ukazaniem się patrolu niemieckiego strzegącego składów, krążących po duktach i przesiekach. Na duktach było pusto. Cisza panowała dookoła.

Po chwili więc rozkaz poderwał drużynę i dziesięciu żołnierzy susem przebiegło skrzyżowanie duktów i znikło w mroku wśród sosen. Pozostaliśmy we trójkę. „Gładki” i „Brzoza” jako amunicyjni przy mnie. Mamy osłaniać odwrót. Ustawiłem przygotowany do prowadzenia ognia ręczny karabin maszynowy na garbie terenu z możliwością ostrzału wzdłuż duktu i zaległem przy kolbie, pilnie wytężając wzrok.

Już od zmarzniętej ziemi chłód niemiło zaczął przenikać przez marny mundur, przypominając że to jednak już grudzień, gdy nagle ciszę nocną rozdarł huk wystrzałów. W głębi lasu gdzie zniknął „Jaźwiec” z drużyną raz po raz rozlegała się seria pistoletu maszynowego.

Ta – ta – ta – ta – ta – rozlegało się echem po lesie.

Poderwaliśmy się zapominając o zimnie. Po chwili z naprzeciwka dobiegł nas odgłos stukotu butów i przez dukt skokami przebiegli nasi, dźwigając po dwóch skrzynki. Zgrupowali się przy nas a „Jaźwiec” oznajmił.

  • Odchodzimy w kierunku skąd przybyliśmy.

  • Wykrył nas i ostrzelał patrol.

  • Jak liczny nie stwierdziłem.

  • Możliwe że będą ścigać !

  • Przypuszczalnie można ich się spodziewać z kierunku tej dukty z prawej strony, gdy się pojawią powstrzymać ogniem, aby umożliwić odskok z ciężarem.

  • Potem odskok, miejsce spotkania w ustalonym miejscu nad Nawojową Górą.

Zrozumiano odrzekłem, gdy już oddalali się w głąb lasu. Skoczyli pędem, gdyż w tejże chwili zagrzmiała salwa wzdłuż duktu z prawa. Zerknąłem w kierunku wystrzałów. Na tle ciemniejszej ściany duktu zajaśniały błyski ognia. Nisko nad nami ze świstem przeleciała seria pocisków goniona hukiem wystrzałów. Około trzysta metrów, oceniłem odległość po błysku ognia.

  • Lepiej powstrzymamy ich w przyzwoitej odległości, postanowiłem.

I po chwili mój rkm „Browning” przemówił. Seria krótka, potem długa i znowu krótka. Po ukazaniu się błysków wystrzałów z przeciwka poprawiłem znowu. Huk wystrzałów przebrzmiał wśród lasu i nastała chwila ciszy. Za chwilę znowu rozległ się huk wystrzałów, ale już nie z dukty lecz z kierunku trochę w lewo z głębi lasu ale znacznie bliższej odległości. W tym kierunku wypaliłem cały magazynek i postanowiłem uchodzić. Uniosłem się trochę aby ściągnąć z pozycji rkm. Świst lecących nisko pocisków i goniący je huk wystrzałów przydusił mnie z powrotem do ziemi. Niemcy strzelali seriami.

W momencie uchylania się czapka polówka rogatywka jaką miałem na głowie upadła na ziemię. Założyłem szybko nowy pełny magazynek do rkm-u i długą serie posłałem przed siebie w mrok. Ściągnąłem rkm, złożyłem nóżki namacawszy w mroku podniosłem obok leżącą czapkę i moja komenda „odskakujemy” poderwała mych współtowarzyszy do biegu. Jeden z nich wystrzelił jeszcze w mrok lasu przed siebie serie ze swojego pistoletu maszynowego i już biegiem pędziliśmy wśród sosen. Rkm-em w jednej ręce, z trzymaną czapką w drugiej, klucząc wśród drzew zdążaliśmy w kierunku na wschód.

Po upływie kilku minut które oddalały nas w głąb lasu, z tyłu za nami zagrzmiały znowu salwy.

Nie zważaliśmy na nie, pozostawały coraz dalej w tyle. Po pokonaniu licznych wykrotów, wąwozów i stromego długiego wzniesienia, dobrze czując w nogach przebytą drogę dobrnęliśmy może po godzinie marszu do umówionego miejsca zbiórki.

Na miejscu zastaliśmy drużynę w komplecie zajętą oglądaniem uniesionej zdobyczy. Trzy skrzynki pełne ręcznych granatów jajowych zaczepnych, chociaż nie zaplanowana amunicja, radowały serca żołnierzy jak najlepsza nagroda.

Usiadłem na boku aby odsapnąć i otrzeć pot obficie roszący czoło. Przy zdejmowaniu, w pośpiechu w czasie odskoku nałożonej na głowę czapki, stwierdziłem rozerwanie jej po prawej stronie. Bliższe oględziny ukazały dziurę w miejscu bocznego rogu czapki. Poszarpane sukno świadczyło wymownie o fakcie który sobie dopiero teraz uzmysłowiłem. Tam na pozycji osłaniającej w głębi lasu w momencie podniesienia się w celu ściągnięcia rkm-u czapka spadła mi z głowy zrzucona jedną ze świszczących wokoło kul wroga. Napotkała na swojej drodze róg czapki który rozerwała. Dobrze że nie szła niżej. Oglądając czapkę doznałem uczucia lekkiego dreszczu.

Śmierć była blisko – pomyślałem.

>>>><<<<

 

Dodaj komentarz