Kontakt

Galeria

Medale

W osłonie konwoju jeńców angielskich.

Wspomnienia
sierż. AK Władysław Bazarnik „ZOSIK”     Czatkowice Górne 1966 rok

 

W osłonie konwoju jeńców angielskich.

 

Był ciepły sierpniowy wieczór, gdy wykonując rozkaz „Jura” stawiłem się na wyznaczonym punkcie zbornym. Ze swoim rkm-em miałem stanowić wsparcie jednej z drużyn kompanii, wyznaczonej do wykonania ważnego zadania.

Na miejscu zastałem już trzech żołnierzy z kapralem „Kamieniem” dowódcą drużyny. Zmachany z ulgą złożyłem na ziemi rkm i dźwiganą skrzynkę z amunicją i usiadłem obok. Po chwili nadeszło jeszcze czterech żołnierzy. Drużyna była w komplecie.

Kapral „Kamień” zarządził zbiórkę do omówienia oczekującego nas zadania. Wokół dowódcy skupiło się ośmiu żołnierzy uzbrojonych w broń długą i granaty.

Kamień” oświadczył.

  • Wykonując rozkaz dowódcy kompanii „Jura” mamy ubezpieczać przerzut w rejon miechowski dwóch oficerów lotnictwa angielskiego, którzy zbiegli z obozu jeńców na Śląsku i ukrywają się od kilku dni u „Jura” ,w drodze na wschód z zamiarem dotarcia przez front na tereny związku Radzieckiego.

  • Za chwilę powinni tu przybyć w towarzystwie „”Jura”.

  • Całością dowodzę ja !

  • Przeskoki do celu wykonamy w dwóch etapach. Dzisiejszy nocny do rejonu Skały, dokąd drogę znam osobiście, skąd z przydzielonym przewodnikiem następnej nocy do celu !!

Wyznaczeniem jednego z żołnierzy na mojego amunicyjnego zakończył odprawę. Zalegliśmy pod szumiącymi drzewami „Krzyżowej” gawędząc z cicha. Czas zaczął się dłużyć. Wyznaczona godzina przybycia „Jura” dawno już minęła. „Kamień” zaczął się niecierpliwić.

  • Nie nadchodzą, czas ucieka !

  • Do trzeciej do świtu tylko cztery godziny, a droga daleka !

  • Dwadzieścia przeszło kilometrów, polnymi drogami i po lasdrożach – zgrzędził.

Niewiele tego słuchałem zapatrzony w czerń nocy zalegającej nad polami i migocące gwiazdy na nieboskłonie. Po pewnym czasie w pobliżu naprzeciwko w ciemności nocy błysnęły dwa krótkie żółte światła, białe i po nich jedno czerwone. Powtórzyły się trzy razy.

  • Idą !! poderwał się „Kamień”.

  • Dają umówione sygnały !

  • Schodzimy do drogi.

Kilkadziesiąt szybkich kroków w poprzek przez ściernisko i po chwili w szeregu staliśmy na poboczu polnej drogi. Z ciemności dobiegł odgłos kroków i trzy sylwetki zamajaczyły w ciemności. „Kamień” wyszedł naprzeciw kilka kroków i dosłyszeliśmy słowa meldunku.

  • Melduję drużynę gotową do wykonania zadania.

Podeszli do nas.

Kilka informacji ze strony „Jura” że to porucznik i kapitan i po słowach.

  • Powodzenia chłopcy, pilnujcie sojuszników !!

Wyruszyliśmy spiesznie w kierunku północnym, bo czas naglił. I zaczęło się jak tyle już razy utykanie na wykrotach polnych dróg otoczonych ciemnościami nocy. Anglicy nieprzyzwyczajeni do takich podróży opóźniali marsz. Już gdzieś około godziny pierwszej w nocy z kierunku po lewo doszedł nas odgłos ujadania psów.

  • Dopiero Sułoszowa !!

  • Pospieszać !

  • Pospieszać !

Przynaglał „Kamień”.

Niewiele to pomagało. Anglicy wyraźnie słabli. Szeptali między sobą. Narzekali chyba na polskie drogi. Nie rozumieliśmy ich jednak. Było po drodze przejście przez szosę, przeskok przez rzekę i wspinaczka po zalesionych zboczach doliny. Dobrze już świtało gdy dotarliśmy do większego obszaru leśnego. Po prawo w dolinie wzdłuż lasu ciągnęły się sady i zabudowania rozległej wioski.

  • To Minoga !

Oświadczył „Kamień”.

Po blisko jeszcze godzinnym marszu leśnymi liniami zatrzymaliśmy się na skraju lasu porastającego grzbiet garbu górującego nad dolinkami ciągnącymi się po prawej i po lewej stronie. Łagodne stoki garbu pokrywały pola świecące łysinami ściernisk. Gdzieniegdzie stały jeszcze niskie kopy owsa. W kotlinie po lewo widniało między drzewami kilkanaście zabudowań przysiółka Zagaje.

  • Tu zalegamy na cały dzień !!

Oświadczył „Kamień”

  • Wieczorem w jednym z zabudowań mamy skontaktować się z przewodnikiem który będzie nas prowadził do celu następnej nocy.

Gdy wzeszło słońce i ogrzało poszycie leśne cofnęliśmy się trochę w las i zalegliśmy w gęstych krzakach leszczynowych na trawie maleńkiej polanki. Dwie czujki wysunięte na prawy i lewy skraj lasu miały nas ubezpieczać. Najpierw zaczęli chrapać Anglicy okrutnie zmęczeni nocnym przemarszem. Około południa zastąpiła zmiana czujek. Już dobrze po południu jeden z żołnierzy czujki wystawiony od strony Zagaje przyprowadził niespodziewanie na nasza polankę dwie młode może osiemnastoletnie dziewczyny, mieszkanki Zagaja. Przyszły n[do lasu na chrust i grzyby.

Ponieważ natknęły się na czujkę nie było innej rady, trzeba było je zatrzymać . Były wystraszone, ale i miło zaskoczone obecnością uzbrojonych młodych żołnierzy, chociaż w zniszczonych i nie zawsze kompletnych ale polskich mundurach.

  • Partyzanci !! – oświadczyły.

Wiedziały z kim mają do czynienia. Janka i Hela umilały na dłużący się dotychczas czas aż do wieczora. Początkowo nieśmiałe, potem okazały się nawet miłymi dziewczynkami. Szczególnie Anglicy mieli ochotę z nimi rozmawiać. Trudności językowe jednak były nie do pokonania. Mieszanina słów angielskich, niemieckich i polskich wzbudzała w dziewczętach wesołość. Z dumą okazywane ukryte pod cywilnymi ubraniami angielskie mundury też nie bardzo imponowały dziewczętom. Wyraźnie sympatyzowały z niektórymi spośród nas. O zmroku „Kamień” rozkazał dwom żołnierzom odprawić zatrzymane dziewczęta na pewną odległość od naszego miejsca postoju i po godzinie ich zwolnić do domu. Sam z jednym żołnierzem udał się do wioski po przewodnika. W krótkim czasie powrócił w towarzystwie niemłodego już mężczyzny, który przyniósł ze soba spory zapas jedzenia. Czarny żarnowy chleb, po trochę masła i kawałku gotowanej słoniny, smakowały naszym nie najgorzej.

Tylko Anglicy coś mruczeli nie bardzo zadowoleni. Czarny chleb nie bardzo im podchodził.

Odprowadzający dziewczyny trochę się spóźnili. Za to jedzenia mało im zostało. I znowu wyruszyliśmy w mrok nocy przemierzać kilometry polnych i leśnych dróg miechowskiej ziemi. Całą noc znowu w marszu, jedynie z krótkim postojem przy przekraczaniu szosy Kraków – Warszawa spowodowanym ruchem wrogich samochodów na szosie. Rkm coraz bardziej uciskał i ciążył na ramieniu. Już za horyzontu wyłaniało się słońce gdy przewodnik zarządził postój na skraju niewielkiego przetrzebionego lasu.

  • Jesteśmy na miejscu – oznajmił.

  • Wasze zadanie skończone !

  • Anglicy zostaną tu w tej wiosce !

Usiadłem pod drzewem czując w nogach przebyte kilometry. Przed nami rozciągała się rozległa panorama pól a w pobliskiej dolinie widać było rozrzucone zabudowania wsi uśpionej i spokojnej.

Była niedziela.

  • To Marchocice ! – oświadczył przewodnik.

Po chwili odpoczynku udał się do wioski celem nawiązania kontaktu z mającymi odebrać Anglików. My zalegliśmy w gąszczu porastających skraj lasu krzewach. Powrócił już dobrze po południu z osobnikiem który który przyniósł nam poczęstunek.

O zmroku zabrał ze sobą Anglików i oddalił się w kierunku wioski.

My po posiłku też wyruszyliśmy w drogę powrotną.

>>>><<<<

 

Dodaj komentarz